Przejdź do treści
Drzwi do szczęścia

Prawda o wynagradzaniu dzieciom nieobecności

5 min czytania
Prawda o wynagradzaniu dzieciom nieobecności

Stałem w sklepie z zabawkami i patrzyłem na cenę. 1000 zł za zestaw LEGO Technic, o który starsza córka prosiła przez telefon. Nie o taki konkretnie, ale „jakiś fajny, taki większy". Wiedziałem, co to znaczy. Znaczyło: kupujesz mi to, bo tak naprawdę nie jesteś.

Kupiłem.

Wróciłem do Polski dwa dni później z walizką pełną prezentów. LEGO dla starszej, rower dla młodszej, coś dla partnerki. Zawsze tak robię. Liczę w głowie, ile zostało po opłaceniu hotelu, jedzeniu, przejazdach, i to co zostaje dzielę na prezenty. Jakby matematyka mogła załatwić to, czego nie załatwia moja obecność.

Młodsza ucieszyła się z roweru. Prawdziwie. Starsza wzięła LEGO, powiedziała dzięki i poszła do pokoju. Słyszałem przez ścianę, jak otwiera pudło, słyszałem szelest instrukcji. Nie zawołała, żebym jej pomógł. Kiedyś zawsze prosiła o pomoc przy budowaniu.

Zrozumiałem wtedy jedną prostą rzecz. One już się nauczyły żyć beze mnie.

Jak to się zaczyna

Wyjazdy zaczęły się sześć lat temu. Najpierw Niemcy, potem Francja, teraz Szwajcaria. Dobre pieniądze, fizyczna praca w różnych zawodach, przeplatana z pracą biurową. W głowie proste równanie: dwa tygodnie tam, tydzień w domu, znowu dwa tygodnie tam. Zarabiam więcej niż jako programista w Polsce. Więcej znaczy lepiej dla rodziny, prawda?

Tylko że równania w życiu nie działają jak w kodzie. Zmienna „czas" nie da się tak łatwo zastąpić zmienną „pieniądze". A ja próbowałem. Ciągle próbuję.

Gdy wracam, chcę, żeby każdy dzień był wyjątkowy. Kino, McDonalds, pizza, kolejny prezent, wycieczka. Wypełniam kalendarz rzeczami do roboty. Dzieciaki się cieszą, oczywiście się cieszą. Ale widzę to w ich oczach. Widzę, że dla nich to już część rutyny. Tata przyjechał, będzie tydzień fajnie, potem znowu zniknie.

Kiedyś młodsza zapytała wprost: „Tato, a jak długo zostaniesz tym razem?"

Nie zapytała, czy zostanę. Zapytała, jak długo.

Co naprawdę tracę

Przez telefon młodsza opowiada mi o szkole. Mówi szybko, chaotycznie, przeskakuje z tematu na temat. Kiedyś prosiłem, żeby mówiła wolniej, ale teraz już nie proszę. Wiem, że ona ma pięć minut, zanim pobiegnie dalej. Ma swoje życie, a ja jestem w nim głosem z telefonu.

Starsza w ogóle nie lubi rozmawiać przez telefon. „Wszystko git, tato" i koniec. Co się dzieje w szkole? Git. Jak tam koleżanki? Git. Może być? Spoko. I po rozmowie.

Nie złości się. Nie odrzuca mnie. Po prostu przestałem być częścią jej codzienności. Jestem osobą, która przyjeżdża co jakiś czas, rozdaje prezenty i zadaje pytania o rzeczy, o których ona już nie ma ochoty opowiadać, bo przegapiłem moment, gdy się działy.

Czytałem kiedyś, że relacje rodzinne potrzebują czasu i uwagi jak rośliny potrzebują wody. Nie możesz dać roślinie całego wiadra raz na miesiąc i myśleć, że będzie rosła. Ona potrzebuje regularnego podlewania. Małymi porcjami, ale codziennie.

Moje dzieci to rośliny, którym daję wiadro wody raz na trzy tygodnie i dziwię się, że więdną.

Paradoks dobrego zarobku

Zarabiam lepiej niż większość moich znajomych z Polski. Na koncie zawsze jest rezerwa. Mogę kupić dzieciom, co chcą. I kupuję. Nowy telefon dla starszej, nowe gadżety, rowery, wyjazdy.

Ale koszty życia z dala zjadają połowę. Hotel albo mieszkanie, jedzenie, przejazdy, ubezpieczenie. Potem przelewy do domu. Potem wydatki, gdy wrócę. Liczę czasem, ile zostaje z tych dobrych zarobków i wychodzi, że pracując w Polsce zarobiłbym może 30% mniej, ale koszty życia byłyby dwa razy niższe. I byłbym w domu codziennie.

Więc czemu dalej wyjeżdżam?

Bo już tak jest. Bo przestawiliśmy życie na ten tryb. Bo nie wiem, jak przestać nie wiedząc, czy damy radę inaczej. Bo łatwiej kontynuować coś, co już działa, niż zmieniać wszystko od nowa.

I kupuję kolejne LEGO, żeby się nie czuć jak ojciec, który wszystko spieprzył.

Kupuję, żeby udawać, że jakoś to rekompensuje.

Co odkryłem za późno

Pisałem kiedyś książkę o psychologii rodzicielstwa. Pisałem o tym, jak budować relacje z dziećmi, jak rozumieć ich potrzeby, jak być obecnym emocjonalnie. Pisałem mądrze, cytowałem badania, dawałem przykłady.

I dopiero w trakcie pisania dotarło do mnie, jak bardzo jestem hipokrytą. Udzielam rad o budowaniu więzi, będąc ojcem, którego dzieci widzą co trzeci weekend. Piszę o tym, jak ważny jest codzienny kontakt, podczas gdy sam dzwonię czasami codziennie, czasami raz na dwa dni.

Ta książka była dla mnie przełomem. Nie dlatego, że nagle wszystko zmieniłem. Dalej wyjeżdżam, dalej kupuję prezenty, dalej próbuję nadrobić nieobecność intensywnością. Ale przestałem udawać przed sobą, że to działa. Przestałem wierzyć, że LEGO za 1000 złotych cokolwiek wynagradza.

Niczego nie wynagradza.

Nie można odkupić straconych lat. Nie można zapłacić za nieobecność podczas pierwszego dnia w nowej szkole, podczas pierwszego złamanego serca, podczas codziennych drobnych momentów, które budują relację.

Relacja to nie transakcja. To nie jest tak, że mogę być nieobecny przez dwa tygodnie, a potem kupić rower i wyjść na zero. Moje dzieci nie prowadzą księgowości „ile tata był, ile nie był, ile dał". One po prostu żyją dalej. Uczą się radzić sobie bez mojej obecności. Przestawiają się. Adaptują.

I w pewnym momencie ta adaptacja staje się trwała.

Gdzie jestem teraz

Dalej pracuję w systemie wyjazdowym. Dalej kupuję prezenty. Ale przynajmniej nie okłamuję siebie, że to wynagradza nieobecność. Czasem patrzę na starszą córkę, jak tworzy coś przy pracach ręcznych i widzę, jak wiele przegapiłem. Jak wielu rzeczy się nauczyła beze mnie. Jak bardzo dorosła w czasie, gdy mnie nie było.

Jest dumna ze swoich umiejętności. Powinna być. Ale jest w tym coś, co mnie boli. Bo ja chciałem być tym, który ją tego nauczył. Chciałem być obecny w tych małych momentach, gdy uczy się czegoś nowego.

Zamiast tego jestem gościem, który przyjeżdża co dwa tygodnie i pyta „co słychać", wiedząc, że usłyszy „wszystko git".

Nie mam tutaj gotowej odpowiedzi. Nie powiem wam, że zrozumiałem, jak to naprawić. Wciąż próbuję znaleźć balans między utrzymaniem rodziny a byciem obecnym w jej życiu. Wciąż często wybieram pieniądze zamiast czasu, bo tak jest łatwiej, bo tak już się ustawiło.

Ale przynajmniej przestałem udawać, że prezenty cokolwiek załatwiają. One sprawiają radość na moment. Ale relacji nie budują.

Relacje buduje się pokazywaniem, słuchaniem, byciem. Nawet w drobnych, nudnych, codziennych momentach. Zwłaszcza w nich.

I tego nie da się kupić za żadne pieniądze.

Zobacz też