Przejdź do treści
Drzwi do szczęścia

Kiedy zarabiam dobrze, ale ciągle brakuje

4 min czytania
Kiedy zarabiam dobrze, ale ciągle brakuje

Piątek wieczór. Przelew z pracy właśnie wpadł. Otwieram aplikację bankową i patrzę na kwotę. Dobra. Naprawdę dobra jak na robotę fizyczną. Tyle że zanim zdążę się cieszyć, w głowie już leci lista.

Powrót do domu. Wynajem pokoju. Jedzenie przez dwa tygodnie. Transfer córce, bo chciała na obóz. Młodszej coś nowego do szkoły. Partnerka wspomniała o rachunku za prąd. I tak w kółko.

Przewijam w dół. Konto po wypłacie wygląda lepiej niż tydzień temu, ale nie na tyle, żeby poczuć ulgę. Nie na tyle, żeby odetchnąć. Zamykam aplikację. Za dwa dni znowu wsiadam w auto.

Kiedyś myślałem inaczej

Kiedyś myślałem, że problem zniknie jak tylko zacznę zarabiać więcej. Że wystarczy podnieść stawkę, zmienić pracę, pojechać dalej. Ale to nie działa w ten sposób.

Bo im więcej zarabiam, tym więcej wydaję. Im dłużej jestem z dala, tym bardziej próbuję wynagodzić dzieciom swoją nieobecność. Kolejna zabawka. Lepszy prezent. Transfer na konto. Jakby pieniądze mogły zastąpić to, że nie widziałem jak młodsza uczyła się akrobatyki, o której zawsze marzyła. Albo, że nie byłem u starszej na wywiadówce.

Rachunek w głowie

Wczoraj jadąc autem robiłem w myślach rachunek. Wyszło mi, że ponad połowa tego co zarabiam idzie na to, żeby móc w ogóle zarabiać. Dojazdy. Wynajem. Jedzenie poza domem. Reszta znika w próbach kupienia sobie dobrego sumienia.

Znam ludzi, którzy zarabiają mniej ode mnie i jakoś dają radę. Mieszkają w jednym miejscu. Wracają do domu każdego wieczoru. Ich dzieci nie pytają kiedy tata przyjedzie. Oni nie muszą wynagadzać.

A ja mam ten paradoks w głowie. Z jednej strony potrzebuję tych pieniędzy. Z drugiej stracę je zanim zdążę pomyśleć o przyszłości.

Nie odkładam. Nie buduję żadnej poduszki. Żyję z wypłaty na wypłatę, tylko że ta wypłata jest większa niż u innych.

Powrót do programowania?

Czasem myślę że może powinienem wrócić do programowania. Pracować zdalnie. Być w domu. Ale wtedy zarabiam mniej i znowu nie wystarcza. Albo muszę brać projekty wieczorami i weekendami, i znowu nie ma mnie dla rodziny. Tylko, że tym razem siedzę w tym samym mieszkaniu, ale za zamkniętymi drzwiami.

Koło się zamyka.

Zamożność to nie ilość pieniędzy

Przeczytałem kiedyś, że zamożność to nie ilość pieniędzy tylko czas, w którym możesz funkcjonować bez zarabiania. Policzyłem. Wyszło mi może miesiąc, półtora. Potem musiałbym coś zmienić. Znaleźć pracę. Pożyczyć. Wrócić do tej samej pętli.

To dziwne jak można mieć dobre zarobki i jednocześnie czuć, że ciągle brakuje. Że nie ma na nic ekstra. Że każdy większy wydatek to stres. Że odkładanie na cokolwiek to abstrakcja.

Cisza w słuchawce

Wieczorem dzwonię do córki. Pyta kiedy wrócę. Mówię że za tydzień. Słyszę w słuchawce ciszę. Tę specyficzną ciszę dzieciaka, który już się przyzwyczaił. Który nie pyta dlaczego, tylko kiedy. I który nie wierzy że to się kiedyś zmieni.

Po rozmowie patrzę znowu na stan konta. Myślę o tym, że może gdybym nie próbował kupować jej czasu ze mną, zostałoby więcej. Może gdybym przestał wynagadzać, mógłbym zacząć odkładać. Zbudować coś na przyszłość zamiast łatać teraźniejszość.

Ale wiem że to nie tak działa. Bo kiedy widzę ją raz na dwa tygodnie, nie mogę przyjechać z pustymi rękami.

Kiedy młodsza mówi że wszyscy jadą na wycieczkę, nie mogę powiedzieć że szkoda kasy. Kiedy partnerka mówi że trzeba zapłacić za coś pilnego, nie mogę udawać że akurat teraz nie mam.

Problem w tym, że im więcej daję, tym mniej zostaje. A im mniej zostaje, tym bardziej muszę zarabiać. Tak się kręci ta spirala.

Może gdybym wrócił

Czasami nachodzi mnie myśl, że może gdybym zrezygnował z tej pracy, wrócił do domu, zarabiał mniej ale był na miejscu, wszystko wyglądałoby inaczej. Może dzieci byłyby szczęśliwsze. Może byłoby nas na mniej rzeczy, ale byłoby nas razem.

Ale potem patrzę na rachunki i wiem, że to nie jest takie proste. Że nie mogę tak po prostu zrezygnować. Że odpowiedzialność to nie tylko obecność, to też zapewnienie podstaw. I że te podstawy kosztują.

Gdzieś pomiędzy

Zamykam laptop. Jutro piątek. Pojutrze wracam. Za dwa tygodnie znowu dostanę wypłatę. Znowu spojrzę na kwotę. Znowu przewinę listę wydatków. I znowu pomyślę że zarabiam dobrze, ale ciągle brakuje.

Może pewnego dnia nauczę się tej sztuki, o której czytałem. Że pieniądze powinny służyć życiu, a nie życie pieniądzom. Że trzeba nauczyć się zatrzymać kasę zanim zniknie. Że wydatki nie muszą rosnąć proporcjonalnie do dochodów.

Ale dzisiaj tego nie umiem. Dzisiaj jestem gdzieś pomiędzy. Mam więcej niż wielu, a czuję że mniej niż potrzebuję. Zarabiam dobrze, ale nie dość dobrze żeby przestać się martwić. I nie wiem czy to problem pieniędzy, czy problem wyboru jakiego kiedyś dokonałem.

Może obydwu.

Zobacz też