Kiedy projekty wieczorami stały się ucieczką

Zwykle wracam po osiemnastej. Ręce bolą od dzisiejszego montażu. Buty zostawiam przy drzwiach, prysznic, kolacja z tego co zostało w lodówce. Dzieciaki u babci albo już śpią, jeśli jestem akurat w Polsce. Cisza w mieszkaniu. Normalnie to by był czas na odpoczynek, na telewizor, może książkę.
Ale ja siadam do komputera.
Nie wiem kiedy to się zaczęło
Nie wiem kiedy to się zaczęło. Pewnie gdzieś między pierwszym wyjazdem do pracy a momentem, gdy zdałem sobie sprawę, że dni zaczynają być do siebie podobne. Wstajesz, jedziesz, montujesz, wracasz, śpisz. Powtórka. I znowu. Dobra kasa, stabilna robota, wszystko jak trzeba. Tylko, że coś w środku zaczyna się dusić.
Wieczorami, kiedy nikt nie patrzy i nikt niczego nie oczekuje, otwieram edytor kodu. Albo przeglądarkę z niedokończonym projektem. Czasem to aplikacja, którą piszę od pół roku. Czasem tylko prosty skrypt do automatyzacji czegoś co mnie wkurza. Nieważne co. Ważne, że to moje.
Stan przepływu
Jest taki moment, może po dwudziestu minutach, kiedy wszystko inne przestaje istnieć. Nie myślę wtedy o rachunkach. Nie rozmyślam o tym, że moja starsza córka ostatnio prawie ze mną nie rozmawia. Nie zastanawiam się, czy kiedyś wrócę do programowania na pełen etat. Jest tylko problem do rozwiązania i moja głowa, która stara się go ogarnąć.
Psychologowie nazywają to stanem przepływu. Taki moment kiedy jesteś tak pochłonięty tym co robisz, że gubisz poczucie czasu. Nie kontrolujesz tego. Po prostu się dzieje. Kiedyś czytałem, że ludzie czują się wtedy najbardziej żywi. Najbardziej sobą.
Dla mnie to było jak odkrycie, że potrafię jeszcze oddychać.
Grając role
Bo przez cały dzień grasz role. Jesteś pracownikiem, który musi sprawnie założyć kolejną linę. Jesteś ojcem, który dzwoni wieczorem i pyta jak dzień w szkole choć wie, że dziecko odpowie „dobrze" i nic więcej. Jesteś programistą, którego dyplom zbiera kurz w szafie. Ale przy tym komputerze, wieczorem, jesteś po prostu sobą. Kimś kto coś tworzy.
Prawda jest taka że początkowo wstydziłem się tego. Kolega kiedyś zapytał co robię wieczorami. Wzruszyłem ramionami. Odpoczywam, Netflix, wiesz jak to. Nie powiedziałem, że siedzę do pierwszej nad kodem, który (chyba) nikt nie zobaczy. Że piszę aplikację, o której nikt nie wie. Bo jak to wytłumaczyć. Po całym dniu ciężkiej roboty jeszcze siadasz do komputera. Przecież powinieneś odpoczywać.
Ale to nie jest zmęczenie
Ale to nie jest zmęczenie, które powstaje przy komputerze. To coś zupełnie innego. Fizycznie jestem wykończony. Ręce mnie bolą. Czasem plecy. Ale głowa jest głodna. I kiedy zaczynam pisać kod, ta głowa dostaje wreszcie to, czego potrzebuje.
Nie zawsze idzie gładko. Są wieczory gdy walczę z jakimś błędem godzinami. Przeklinam. Zamykam laptop. Otwieram znowu. I nagle działa. Ten moment gdy coś co było zepsute zaczyna działać, to uczucie nie do opisania. Radość czysta. Nie za pieniądze, nie za pochwały. Po prostu dlatego, że udało się coś stworzyć.
Jedyna rzecz która trzyma mnie przy zdrowych zmysłach
Gdzieś po roku zauważyłem, że te projekty to jedyna rzecz która trzyma mnie przy zdrowych zmysłach. Praca fizyczna jest potrzebna. Płaci rachunki, daje dzieciakom co trzeba. Ale projekty wieczorami, one dają coś innego. Dają poczucie, że nadal się rozwijam. Że nie stoję w miejscu. Że jestem czymś więcej niż tylko gościem, który zakłada liny bezpieczeństwa.
Pewnie psycholog powiedziałby, że uciekam. I miałby rację. Uciekam od monotonii. Od poczucia, że zmarnowałem lata na studia. Od myśli o relacjach, które sypią się przez moje wyjazdy. Ale ta ucieczka to jednocześnie coś więcej. To próba zachowania siebie. Kawałka, który jeszcze pamięta że można tworzyć. Że można się tym ekscytować.
Nie o to chodzi
Nie wiem czy kiedykolwiek z tych projektów coś wyjdzie. Może nie. Większość pewnie zostanie w szufladzie. Aplikacja, którą piszę od miesięcy może nigdy nie ujrzy światła dziennego. Ale to nie o to chodzi. Chodzi o sam proces. O te godziny kiedy jestem w tym całkowicie. Kiedy zapominam o wszystkim oprócz problemu, który próbuję rozwiązać.
Czasem myślę co by było gdybym przestał. Gdybym wieczorami tylko odpoczywał jak normalny człowiek. Może byłbym mniej zmęczony. Może spałbym więcej. Ale wtedy pewnie coś by we mnie umarło. Ten kawałek, który jeszcze wierzy, że mogę coś zmienić. Że umiem coś więcej niż tylko pracować fizycznie.
Wieczór po wieczorze
Dlatego siadam. Wieczór po wieczorze. Po całym dniu. Czasem na godzinę, czasem na cztery. I tworzę. Bo to jedyny moment kiedy czuję, że żyję a nie tylko funkcjonuję.
To nie jest heroizm. To przetrwanie.








