Kiedy pisanie zaczęło mnie zmieniać

Było po północy. Wszyscy spali. Siedziałem przy biurku z laptopem, herbatą i dokumentem otwartym w edytorze. Pracowałem nad rozdziałem o budowaniu więzi z dziećmi. Miałem zapisane notatki, przeczytane badania, wszystko przygotowane.
Pisałem o tym, jak ważna jest codzienna obecność. O tych małych momentach, które budują relacje. O wspólnych śniadaniach, wieczornych rozmowach, grach planszowych w weekend. Słowa płynęły łatwo, wiedziałem co powiedzieć. Czułem się pewnie.
A potem zatrzymałem się w połowie zdania.
00:47
Spojrzałem na zegarek. 00:47. Moja starsza córka śpi. Za kilka dni znowu wyjeżdżam. Wrócę w środku miesiąca, jeśli będzie dobrze. Może pod koniec, jeśli nie. Wspólne śniadanie? Ostatnie było trzy tygodnie temu. Wieczorna rozmowa? Czasem przez telefon, ale to nie to samo. Gra planszowa? Nie pamiętam.
Usunąłem ten akapit.
Zacząłem od nowa. Napisałem coś o jakości czasu, nie ilości. O tym, że liczy się to, jak bardzo jesteś obecny, gdy już jesteś. Zabrzmiało mądrze. Spokojnie, fachowo. Jak z podręcznika.
Ale ręce mi drżały nad klawiaturą.
Kłamstwo pocieszenia
Bo to była kłamstwo pocieszenia. Ilość też się liczy. Dzieci nie czekają z problemami na twój powrót. Życie dzieje się teraz, nie za dwa tygodnie. Możesz być najlepszym ojcem świata przez ten weekend w miesiącu, ale co z pozostałymi dwudziestoma dniami. Możesz kupić najlepszy prezent, zabawkę, którą chciała. Ale nie kupisz tego, żeby cię znowu zapytała o radę. Żeby przyszła pokazać rysunek. Żeby się podzieliła tym, co się stało w szkole.
Siedziałem tak może z godzinę. Laptop działał, ekran świecił, ale nic nie pisałem.
Pisałem do siebie
Wcześniej byłem przekonany, że piszę tę książkę, żeby pomóc innym. Przekazać wiedzę, pokazać drogę, być użyteczny. Miałem plan, strukturę, wszystko zaplanowane. Każdy rozdział miał swój cel. Wszystko było logiczne.
Ale tej nocy coś pękło. Zrozumiałem, że właściwie piszę do siebie. Każda rada, którą formułowałem, każdy przykład, który opisywałem, były jak lustro pokazujące mi to, czego sam nie robię. Pisałem o budowaniu relacji, mieszkając w innym kraju. O codziennej obecności, będąc nieobecnym. O słuchaniu dzieci, gdy one przestawały już mi mówić.
Nie była to przyjemna lekcja.
Okrutność pisania
Pisanie ma w sobie coś okrutnego. Kiedy piszesz, trudno jest kłamać samemu sobie. W myślach możesz przeskoczyć niewygodne pytania. Na papierze się nie da. Nie da się napisać o relacjach z dziećmi, nie konfrontując się z własnymi wyborami. Nie da się pisać o obecności, nie zauważając swojej nieobecności.
Tamtej nocy zacząłem pisać inaczej. Przestałem udawać eksperta. Zacząłem zadawać pytania, na które sam nie znałem odpowiedzi. Przestałem dawać rady, zacząłem opisywać własne potknięcia. Książka stała się bardziej szczera. I bardziej bolesna.
Ale też bardziej prawdziwa.
Rozmowa z sobą
Z czasem zauważyłem, że to działa nie tylko podczas pisania o rodzicielstwie. Każdy projekt, który zaczynam wieczorem po pracy, każdy tekst, który tworzę w weekend, jest formą rozmowy z sobą. Nie piszę, żeby kogoś czegoś nauczyć. Piszę, żeby samemu zrozumieć.
Czasem są to proste rzeczy. Opisuję problem techniczny w kodzie i nagle widzę rozwiązanie, które przez godziny mi umykało. Wystarczyło to wypowiedzieć, nawet jeśli tylko na ekranie. Innym razem to głębsze sprawy. Zaczynam tekst o jednym, a kończę przy zupełnie innym wniosku, którego wcześniej nie widziałem.
Nie zmienia rzeczywistości, zmienia widzenie
Pisanie nie zmienia rzeczywistości. Nadal wyjeżdżam. Nadal tracę czas z dziećmi. Nadal mam te same problemy. Ale zmienia się sposób, w jaki to widzę. I co z tym robię. Może nie od razu, może nie w sposób dramatyczny. Ale małymi krokami.
Ta książka o rodzicielstwie nie sprawiła, że zostałem lepszym ojcem z dnia na dzień. Ale sprawiła, że przestałem przed sobą udawać, że nie ma problemu. Przestałem się oszukiwać, że wszystko jest w porządku, bo zarabiam dobrze i kupuję prezenty. Zacząłem szukać rozwiązań zamiast wymówek.
I to jest chyba najcenniejsze, co mi dało pisanie. Nie odpowiedzi. Nie rozwiązania. Ale uczciwość wobec siebie.
Bez udawania
Nadal siadam do komputera po pracy. Nadal tworzę projekty, piszę teksty, kombinuję z kodem. Ale już nie uciekam. Nie próbuję zapomnieć o problemach. Po prostu szukam w tym sposobu na ich zrozumienie. Na zobaczenie ich z innej strony. Na znalezienie jakiejś drogi dalej.
Bo kiedy piszesz, nie możesz udawać. Musisz spojrzeć prawdzie w oczy. I to czasem boli, ale też wyzwala. Pozwala się ruszyć z miejsca.
A może właśnie o to chodzi. Nie o wielkie transformacje. O małe, szczere kroki w stronę tego, kim chcesz być. Bez udawania, że już tam jesteś.








